Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Ciacho1985 z miasteczka Jordanów Śląski / Wrocław. Mam przejechane 47167.64 kilometrów w tym 6908.79 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.62 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

Serwis

Dystans całkowity:2521.74 km (w terenie 216.30 km; 8.58%)
Czas w ruchu:134:22
Średnia prędkość:17.13 km/h
Maksymalna prędkość:59.00 km/h
Suma podjazdów:6127 m
Suma kalorii:362 kcal
Liczba aktywności:143
Średnio na aktywność:17.63 km i 1h 07m
Więcej statystyk

...

Wtorek, 18 listopada 2014 · dodano: 18.11.2014 | Komentarze 0

Dzieńzły.
Końcówka lepsza, bo karma, ponoć, wraca.


...

Sobota, 15 listopada 2014 · dodano: 17.11.2014 | Komentarze 0



  • DST 22.16km
  • Czas 01:15
  • VAVG 17.73km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

MPK...

Czwartek, 6 listopada 2014 · dodano: 12.11.2014 | Komentarze 0

Do pracy, normalnie, na rowerze.
W pracy szybki serwis Diamanta po wakacjach- wymiana okładzin hamulcowych z tyłu, serwis piasty (właściwie niepotrzebny, bo smar świeży jeszcze był) i dokręcenie sterów.
Po pracy dojechałem rowerem do stadionu i stwierdziłem, że trochę nie chce mi się wracać rowerem. Podjechałem więc na przystanek i poczekałem na tramwaj.
Gdy ten podjechał, podszedłem na koniec składu i uporczywie naciskałem przycisk otwierający drzwi, ale te nie chciały się otworzyć... W końcu z kabiny wyskoczył poddenerwowany pan motorniczy, który stwierdził, że tymi drzwiami nie wsiada się z rowerem do tramwaju. Trzeba środkowymi i już.
Dla świętego spokoju wsiadłem środkowymi i od razu poprowadziłem rower na koniec wagonu, żeby nie przeszkadzać na środku ewentualnym chętnym na kupienie biletu w biletomacie. Pan motorniczy bardzo się tym zdenerwował. Tak, że aż wyszedł z kabiny i na cały wagon udzielił mi instrukcji, jak przewozi się rower. Nie ważne, że tam, gdzie on chciał przeszkadza wszystkim. Tak ma być i już.
Tak więc, żeby nie stopować dalej składu (po "napomnieniu" dodatkowo przez starszą panią) spokojnie skierowałem się z rowerem na miejsce wskazane przez motorniczego. Dokładnie pod biletomatem. Wieczorową porą dało radę, w ciągu dnia raczej czarno widzę taki przewóz i manewr.
Przy okazji napomnę, że nie dość, że kupiłem i skasowałem bilet za siebie, to i przepisowo za rower (trzy złote plus złoty pięćdziesiąt za niespełna trzydzieści minut jazdy...).
Ad rem.
Gdy w końcu stanąłem z Diamantem na środku owego tramwaju, a ten ruszył, nagle na odwagę zebrało się jednemu z pasażerów. Starszy koleś, na oko po pięćdziesiątce, z reklamówką- żulówką w ręce i browarem w drugiej wstał i po prostu mnie zaatakował. Z jego strony, przez dwa przystanki, leciały: chuje, frajerzy, sformułowania, że skoro mam rower, to mogłem jechać na nim jechać, a nie [sic!] blokować tramwaj; nawet chciał mi przyjebać z bani, ale wzrost go mocno ograniczał... Stałem (wyjątkowo) spokojnie, usiłując nie dać się sprowokować, ale gdy wysiadając przy "Zachodniej- Stacji Kolejowej" gość rzucił: "jakbyś miał jaja, to ,byś ze mną wysiadł frajerze", coś w końcu pękło i... wziąłem rower pod pachę i wysiadłem.
Facetowi mina nagle się zmieniła, tak samo, jak sposób poruszania- szybkim krokiem udał się do następnego tramwaju i się w nim schował.
Długo się nie zastanawiając wsiadłem na rower i dojechałem (mając cały czas tramwaj obok siebie) do placu pierwszego maja. Tam chwilę poczekałem na tramwaj, w którym delikwent się znajdował. Wysiadał, ale gdy mnie zobaczył nagle zmienił zdanie, więc musiałem mu pomóc w podjęciu decyzji.
Nagle stracił "jaja", zaczął się tłumaczyć, że wcale nic do mnie, że to nie on (?!), że nie wie o co chodzi.
Wkurw spowodowany zachowaniem motorniczego oraz całym tygodniem w pracy do późna sprawił, że nie nerwy się skończyły i dostał dwa skuteczne strzały w ryj. 
Naprawdę trzeba się postarać, żeby wkurwić spokojnego na co dzień człowieka.

Wpis ten nie ma celu propagowania dawania po ryju, jak tylko nadarzy się okazja. Nie chodzi też o to, żeby pokazać, jak powinno się traktować agresywnych współpasażerów (ostatnimi czasy ponoć nagminne w miejskiej komunikacji); Nie chodzi również o chełpienie się tym, co zrobiłem, bo wolałbym po prostu spokojnie dojechać do zamierzonego przystanku, dalej wsiąść na rower i spokojnie dojechać do domu...
Chodzi o społeczną znieczulicę. O to, że współpasażerowie (pół na pół kobiety i mężczyźni, w tak zwanym wieku produkcyjnym) nie zareagowali, gdy jeden pasażer atakował (!) drugiego, bez wyraźnego powodu. O to, że człowiek pijany atakował trzeźwego i nikt nie reagował, gdy ten pozostawał bezkarny.
Największy niesmak jest wtedy, gdy motorniczy reaguje (i zatrzymuje tramwaj na środku drogi), gdy rowerzysta chce wsiąść do tramwaju i robi to nie tymi drzwiami (!!!); ale gdy coś niebezpiecznego dzieje się w jego wagonie, tuż za jego kabiną, to cicho siedzi w środku...
Żenada.

Mogłem pojechać rowerem, ale zdecydowałem się na jazdę tramwajem. Zapłaciłem za to, więc powinienem być traktowany, jak "normalny" (?) pasażer. Nie ważne czy z rowerem czy bez niego...
Zdecydowałem inaczej i- gdyby nie to, że nie dam sobie "w kaszę dmuchać"- zostałbym w trakcie podróży "zeszmacony". Nie wiadomo tylko czy bardziej przez agresywnego pajaca, reszty współpasażerów czy też  motorniczego. Albo wszystkich wspólnie...?
Tym razem to byłem ja i skończyło się tak, a nie inaczej. A może trafić na każdego. Nie koniecznie z rowerem.

Świętej już pamięci babcia Helenka miała rację w swoim powiedzeniu- "jak dają, to się bierze, jak biją, to... oddaje".






  • DST 35.02km
  • Czas 01:43
  • VAVG 20.40km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Sobota, 11 października 2014 · dodano: 12.10.2014 | Komentarze 0



...

Poniedziałek, 6 października 2014 · dodano: 06.10.2014 | Komentarze 0

Do pracy Aśka zgarnęła mnie busem, więc zaoszczędziłem sobie jazdy w zimnie. Na pace siedział Justynkowy Diamant, więc w pracy- po spakowaniu paczek do wysyłki- miałem godzinkę "przerwy". Do zrobienia był suport, bo skrzeczał niemiłosiernie, przy okazji była chwila na dokładne wyczyszczenie napędu i wymianę okładzin hamulcowych z tyłu oraz centrowanie tylnego kółka. 















Po serwisie wszystko w jak najlepszym porządku. :)

Dużo rzeczy do zrobienia, sporo do opisania... Tylko czasu ciągle brak :|
(tak, to najlepsza wymówka...)
Kategoria Canyon, Praca, Serwis, Wrocław


...

Sobota, 4 października 2014 · dodano: 05.10.2014 | Komentarze 0

W pracy sam, ale jakoś minęło.
Wieczorem zapakowaliśmy się do busa i pojechaliśmy do Cernej Vody, na Rychlebske Stezky.
Nocleg na busie, trochę zimno, ale radę daliśmy dogrzewając się gazem ;)








...

Piątek, 3 października 2014 · dodano: 03.10.2014 | Komentarze 0

Do pracy Canyonem. Trochę się odzwyczaiłem po sporej przerwie :)
Jutro po robocie wsiadamy w busiora i jedziemy na Rychlebske Stezky aż do niedzieli :) W końcu, bo trochę się stęskniłem za terenem na fullu :)
Kategoria Canyon, Praca, Serwis, Wrocław


  • DST 83.37km
  • Teren 8.00km
  • Czas 05:46
  • VAVG 14.46km/h
  • VMAX 53.00km/h
  • Podjazdy 509m
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Alojzov- Moravičany. Dzień siedemnasty.

Sobota, 20 września 2014 · dodano: 03.10.2014 | Komentarze 0


Szybka pobudka, pakowanie i ruszamy. Na początek do "centrum" Alojzova na kawę i śniadanie.









Stąd wylądowaliśmy, trochę naokoło, w Mostovicach, gdzie mieliśmy wczoraj szukać noclegu. Okazało się, że trochę po ciemku się pogubiliśmy i gdzieś zjechaliśmy z założonej drogi. Trudno, bywa...
Z Mostovic pojechaliśmy prosto do Prostejova poszukac serwisu rowerowego, bo kolejne szprychy pękały (w tej chwili byłem już bez czterech...). W pierwszym serwisie było ciężko się z panem dogadać- cały czas twierdził, że jest sobota, a w soboty nie ma mechanika. Na nic zdawało się tłumaczenie, że potrzebujemy tylko kluczy... W każdym razie pan pokierował nas kilometr dalej, gdzie był kolejny sklep. Po próbie wytłumaczenia czy raczej pokazania panu za ladą, w czym jest problem, ten od razu wziął koło (niecierpliwie czekając, aż odepnę wór i sakwy), porwał koło na zaplecze i odkręcił kasetę.
Powymieniałem szprychy i zacząłem centrować; podczas prostowania pękła kolejna szprycha... I znów- zdejmowanie koła odkręcanie kasety (tym razem na patencie, żeby nie zajmować czasu sklepowemu) i znów centrowanie. W końcu się udało.











Pojechaliśmy do centrum na gyrosa i trochę pozwiedzać, bo miasto ładne.
Z Prostejova prostą drogą dojechaliśmy do Litovela- prosto do źródełka pysznego piwa :)























W Centrum Informacji Turystycznej w Litovelu Justynka dorwała mapę, na której jest poprowadzona trasa rowerowa aż do granicy, do Głuchołaz. Podobno cała nieźle oznaczona, asfaltowa o takimi trochę bocznymi drogami; zaoszczędzi nam to stresów takich, jak wczoraj, gdy po ciemku jakiś debil wyhamował tuż przed Justką.
Dziś spokojnie wyjedziemy trochę za Litovel, zrobimy jakieś piwne zakupy na wieczór (jedzenie mamy jeszcze z zapasu zrobionego w Słowenii :)) i poszukamy noclegu. Dziś, po wczorajszej nauczce, poszukamy go "po jasności", a według mapy nie powinno to być trudne.
Jutro spokojnie powinniśmy dojechać do granicy z Polską, a w poniedziałek pod wieczór dotrzeć do Mikolina.
Uraczeni i rozleniwieni loitovelskim piwem w końcu ruszyliśmy szlakiem rowerowym w kierunku jeziorek niedaleko Morvičanów.





Z noclegu nad jeziorkami nic nie wyszło, bo były mocno nieprzystępne dla ludzi. Postanowiliśmy podjechać do następnej wioski i zapytać o nocleg, gdzie miły pan z ostatniego gospodarstwa stwierdził ,że u niego, to nie bardzo, ale wystarczy przejechać lasem dwa kilometry i w następnej wiosce "można u wszystkich".
Przejechaliśmy tym lasem z duszą na ramieniu, bo nie dość, że się ściemniało, to las wyjątkowo nieprzyjemny (ze złowieszczym hukaniem sowy...) W końcu udało dojechać się do "następnej wioski", czyli jakiegoś dziwnego domku pośrodku niczego. I nie były to dwa kilometry, a przeszło cztery... Jedna droga od niego prowadziła dalej w las, a druga "droga" na tory kolejowe. Wybraliśmy ta drugą, bo lepiej do światła ;) Kawałek jeszcze musieliśmy przejść wzdłuż torów i dotarliśmy na stację kolejową w Moravičanach. Było już ciemno, a miejsca na nocleg nadal nie było. Chcieliśmy raz jeszcze spróbować noclegu na plebanii, ale poza samym kościołem nie znaleźliśmy nic.
Chwilę pobłądziliśmy po miasteczku i spróbowaliśmy raz jeszcze "na gospodarza". Tym razem miły pan nie miał nic przeciwko, nawet wyszedł z dziećmi z domu, żeby nam potowarzyszyć przy rozkładaniu namiotu (dziewczynka dzielnie świeciła i skutecznie oślepiała latarką ;)).
Akurat, gdy weszliśmy do namiotu zaczęło kropić. Najważniejsze, że sucho nad głową, jest gdzie spać i jest w miarę bezpiecznie. Jutro zobaczymy, co dalej.





Dzisiejsze Nepomuki:
















































  • DST 91.68km
  • Czas 05:57
  • VAVG 15.41km/h
  • VMAX 59.00km/h
  • Podjazdy 803m
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Vojnik- Spielfeld (A). Dzień czternasty.

Środa, 17 września 2014 · dodano: 03.10.2014 | Komentarze 0

Mimo, że noc spędzona na plebanii, to nie było jakoś super ciepło.



Ksiądz miał nas obudzić o ósmej na śniadanie, ale sami z siebie wstaliśmy tuż po siódmej, gdy ksiądz odprawiał poranną mszę. Spokojnie się ogarnęliśmy i spakowani zeszliśmy na dół do kuchni. Ksiądz już czekał na nas z ciepłymi parówkami, chlebem i herbatą. Szybko oznajmił ,że niestety, ale musi szybko wyjść i zostawił nas samych. Przed wyjściem pokazał co i jak, zostawił klucz i pokazał na niego skrytkę. Mieliśmy czuć się, jak u siebie.



Spokojnie zjedliśmy śniadanie, Justynka pozmywała, wypiliśmy kawę, zaczepiliśmy sakwy do roweru i zamknęliśmy plebanię.
Zanim opuściliśmy Vojnik zwiedziliśmy jeszcze kościół i ruszyliśmy w stronę Maribora.





















Osiemnaście kilometrów później zatrzymaliśmy się w Slovenske Konjice na poranne piwko w pubie Črna Mačka :)













Stamtąd, aż do Slovenskej Bistricy niekończące się podjazdy i zjazdy- mega sztywne, od dziesięciu do osiemnastu procent nachylenia... Masakra, zwłaszcza z naszym bagażem. Udało się podjechać wszystko!







Na przedmieściach Mariboru zahaczyliśmy o Lida, żeby zrobić zapasy żywności przed Austrią. Justka wskoczyła po zakupy, ja wymieniłem kolejną pękniętą szprychę...















Przejazd przez to miasto poszedł nam całkiem sprawnie i niedługo po wjeździe byliśmy już na wylocie :) Odtąd, aż do granicy, droga wiodła bardzo ładnym szlakiem rowerowym (z jednym sztywnym i ciężkim podjazdem...), właściwie cały czas wzdłuż autostrady.













Po przekroczeniu granicy obraliśmy kierunek na Leibnitz...



Przed mieściną Spielfeld zrobiliśmy sobie przerwę na piwko i skorzystanie z barowego Wi-Fi, żeby ogarnąć choć kawałek drogi przez Austrię, bo mapy nie mamy :) Zlisiliśmy się na dziesięć euro za mapę na stacji benzynowej, a za jedno duże i jedno małe piwo zapłaciliśmy niewiele mniej... Do tego mapy Google i screen shoty na niewiele nam się tak naprawdę zdały...


Nocleg w dziwnych krzakach, nad jakimś bajorem. Bardzo dziwne miejsce, ale na szukanie czegoś innego nie było już za bardzo czasu i sił niewiele...
Na kolację gotowane ziemniaczki ze śmietaną i grillowana kiełbaska z cebulą. Mniam...







Byle jakoś szybko przedrzeć się przez tą Austrię...







  • DST 98.53km
  • Czas 06:05
  • VAVG 16.20km/h
  • VMAX 47.00km/h
  • Podjazdy 677m
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Ljubljana- Vojnik. Dzień trzynasty.

Wtorek, 16 września 2014 · dodano: 03.10.2014 | Komentarze 0

Wstaliśmy szybko, żeby przed resztą osób z pokoju zdążyć się ogarnąć i wziąć prysznic. Potem posiedzieliśmy chwilę przy kawie na kompie hostelowym, żeby zobaczyć jak mniej więcej jechać dalej. Niestety, ale ostatnia mapa, jaką dysponowaliśmy, to ogólna Bałkanów w skali 1:750000; czyli słabo trochę, bo stolica zaznaczona jest niewielką kropką i nie ma większości wiosek i niektórych dróg (autostrady już nas nie interesują ;)).
Po ogarnięciu- jako tako- trasy poszliśmy na śniadaniowe zakupy. Po śniadaniu poszliśmy jeszcze do Centrum Informacji Turystycznej po pocztówki, bo mieli tam najładniejsze i w najlepszych cenach. Następnie powrót do hostelu, dopakowanie się, wymeldowanie i w trasę.















Przed tym jednak wymieniłem jeszcze jedną szprychę, która wczoraj pękła na jednym ze zjazdów. Jeszcze jedno warto wspomnieć przy okazji Słowenii i samej Ljubljany- właściwie nie ma tu problemu ze znalezieniem sklepu rowerowego- to po pierwsze; po drugie: niedaleko hostelu był sklep ze sprzętem outdoorowym, w którym bez problemu dostaliśmy kartusz do kuchenki. Żeby było zabawniej- większy kupiliśmy tu za mniejsze pieniądze niż kosztują w Polsce...
Wyjazd z miasta oczywiście sprawił nam problem, prawie wjechaliśmy na autostradę, trochę pobłądziliśmy, trochę sprawę uratował pan ze sklepu wspinaczkowego, a trochę ze stacji paliw. W każdym razie w końcu udało się i po osiemnastu kilometrach pożegnaliśmy się z Ljubljaną.
Dzisiejszy dzień mniej był dla nas łaskawy- do blisko pięćdziesiątego kilometra, do Trojane, cały czas pod górkę, do tego jeszcze uporczywy wiatr w gębę. Dopiero za Trojane, za górami, zostawiliśmy chmury, wiatr i podjazd i tempo jazdy wzrosło. W końcu też pojawił się cień szansy na to, że cokolwiek ujedziemy w stronę Maribora.





















Przed Celje droga zaczęła trochę nam się komplikować, bo na głównej był zakaz dla rowerów i trzeba było kluczyć dojazdami po wioskach... W końcu się udało- dojechaliśmy do centrum i od tego momentu pozostało "tylko" znaleźć miejsce na nocleg.



Przez leniwy poranek i późny start (po dwunastej...) szybko zrobiło się ciemno, co nie ułatwiało sprawy. Wiedzieliśmy tylko, że musimy odbić w stronę miejscowości Vojnik. Gdy w końcu odszukaliśmy właściwą drogę zrobiło się już całkiem ciemno. Połowy wiosek na naszej mapie nie było,a ciemne pobocze nie pomagało szukania kawałka ziemi na namiot. Postanowiliśmy spróbować "na gospodarza", ale nie udawało się znaleźć niczego "odpowiedniego".
Po drodze, mimo ciemności, udało się wypatrzeć figurę świętego Jana Nepomucena w Škofija Vas.



Po dojechaniu do Vojnik zobaczyłem sporych rozmiarów kościół i zapytałem Justynki czy może by tak nie zapytać o nocleg na plebanii... Spróbowaliśmy i okazało się, że... nie ma żadnego problemu. Tutejszy ksiądz sam urzęduje w tej parafii, nikt mu nie pomaga, ma miejsce...
Chcieliśmy jedynie kawałek miejsca w ogrodzie, a ten zaprosił nas do środka, pokazał pokój, łazienkę... Do tego nakarmił i napoił (przepysznym!!!) białym, idealnie schłodzonym winem. :)
Przy "okazji" załapaliśmy się na pogaduchy młodych małżeństw, bo takowe akurat miały tam miejsce... Poznaliśmy więc kilka słoweńskich par, poopowiadaliśmy skąd, dokąd, dlaczego, jak, że to nasza podróż poślubna i tak dalej... Były też pytania o wiarę, o Polskę...
Bardzo sympatyczne miejsce i okoliczności.
Jutro w planie przekroczenie granicy z Austrią.








Flag Counter