Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Ciacho1985 z miasteczka Jordanów Śląski / Wrocław. Mam przejechane 47167.64 kilometrów w tym 6908.79 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.62 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

Serwis

Dystans całkowity:2521.74 km (w terenie 216.30 km; 8.58%)
Czas w ruchu:134:22
Średnia prędkość:17.13 km/h
Maksymalna prędkość:59.00 km/h
Suma podjazdów:6127 m
Suma kalorii:362 kcal
Liczba aktywności:143
Średnio na aktywność:17.63 km i 1h 07m
Więcej statystyk
  • DST 100.49km
  • Czas 06:30
  • VAVG 15.46km/h
  • VMAX 53.00km/h
  • Podjazdy 922m
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Jelešane- Ljubljana. Dzień dwunasty.

Poniedziałek, 15 września 2014 · dodano: 03.10.2014 | Komentarze 2

Namiot rozbiliśmy jakieś sto pięćdziesiąt metrów od granicy i mimo przejeżdżających głośno ciężarówek i głosów dobiegających z pobliskiego parkingu dla TIRów, było to dla mnie jedno z bezpieczniejszych miejsc, w których przyszło nam spać podczas tej podróży. Dla Justynki zupełnie odwrotnie.



Zmarzłem tylko trochę, bo zamiast wejść do śpiwora, to tylko się nim nakryłem. O szóstej czterdzieści pięć Justynka zrobiła pobudkę. Zwinęliśmy śpiwory, namiot, maty i tuż po siódmej ruszyliśmy dalej. Po niedługim czasie zatrzymaliśmy się w lesie, gdzie spokojnie zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawkę i herbatę.







Zdecydowanie czuć, że zmieniamy klimat, bo autentycznie jest tu sporo chłodniej. Dziś w planie mamy dojechać do Ljubljany :)
Wakacje nad morzem się skończyły, teraz czas na to, żeby trochę depnąć i dojechać do domu na czas. Słowenia- Austria- Czechy- Polska. Z tego, co pobieżnie wyliczyliśmy z mapy, wychodzi jakieś dziewięćset kilometrów powrotu, czyli przyzwoicie było by robić minimum te dziewięćdziesiąt kilometrów dziennie.
Oboje nie możemy doczekać się Czech- tam już prawie jak w domu, do tego piwo dobre i niedrogie.









Droga w kierunku Ljubljany (jakby przedłużenie Jadranskiej Magistrali) spokojna, z niewielkim natężeniem ruchu. Początkowo płasko lub lekko w dół, po jakimś czasie podjazd do miejscowości Pivko (jak nazwa wskazuje zatrzymaliśmy się tu na piwko ;)).



Parę kilometrów wcześniej musieliśmy się zatrzymać na usunięcie awarii w moim rowerze; wczoraj, gdzieś w Rijece, po wjechaniu w dziurę skrzywiłem tylne koło. Ciężko się jechało, bo obręcz tarła o hamulec, więc gdy tylko trochę się ociepliło zrobiliśmy postój. Gdy przyjrzałem się kołu wyszło, że jedna ze szprych miała dość i sobie pękła. Szybka wymiana na nową, centrowanie (polowo, na klocki ;)) i koło kręciło się na igłę. Przy okazji postoju i wyciągniętych narzędzi wymieniłem też klocki hamulcowe z przodu, bo choć starych była jeszcze ponad połowa, to strasznie piszczały.







Droga, póki co, bardzo relaksująca (zwłaszcza po wczoraj). Krajobraz diametralnie się zmienił- pola, łąki, lasy, zazielenione góry, coś na styl naszej Kotliny Kłodzkiej czy gór Sowich. Odpoczywamy tu.





















Kierowcy też jakby bardziej zwracają uwagę na rowerzystów i po prostu uważają.
W jednym miejscu czekała na nas niezła wspinaczka, ale warto było- zjazdowy asfaltowy flow pełną gębą! :) Od miejscowości Logatec ścieżka rowerowa poprowadziła nas prosto do Ljubljany...



Miasto- szok! Nigdy jakoś za bardzo nie myślałem o Słowenii, a Ljubljana kojarzyła mi się z Warszawą z początków lat dziewięćdziesiątych. Okazuje się, że to stolica na bardzo wysokim europejskim poziomie. Po to między innym się podróżuje, żeby niszczyć stereotypy ;)
Stolica Słowenii urzekła nas na wstępie ilością i jakością ścieżek rowerowych oraz sposobem ich poprowadzenia. Aż zabawne, że Wrocław (który uważa się za rowerową stolicę Polski) walczy z miernym skutkiem o każdy metr ścieżek. W Ljubljanie rowerzyści są wszędzie, w każdym wieku, każdej profesji i stanie społecznym. Rowery są poprzypinane wszędzie. Dosłownie wszędzie i do wszystkiego. Ilością rowerów, rowerzystów i rowerową infrastrukturą Ljubljana śmiało może konkurować z Amsterdamem czy Kopenhagą. Naprawdę wysoki poziom.
Warto też wspomnieć w tym miejscu o zachowaniu kierowców względem rowerzystów- bezbłędne; nie trzeba (choć wypada) kręcić głową naokoło przy każdym przejeździe przez jezdnię, bo kierowcy sami z siebie zwalniają i się rozglądają wiedząc, że to rower ma pierwszeństwo. Tak samo ciężko było by znaleźć pieszego na ścieżce rowerowej, nawet na przystankach autobusowych.
Pod względem architektury też zrobiło to na miasto zrobiło na nas wrażenie. Do tego stopnia, że oboje w tym samym momencie stwierdziliśmy, że moglibyśmy tu zamieszkać...
Dlatego też postanowiliśmy, że to tu zostaniemy na noc i trochę pobłądzimy po starówce.
Odnaleźliśmy Centrum Informacji Turystycznej, gdzie pani pokierowała nas do hostelu, gdzie spokojnie i bezpiecznie można było przechować rowery. Tak trafiliśmy do H20stel ( http://www.h2ohostel.com/hostel-ljubljana )- czternaście euro za osobę w pokoju ośmioosobowym, czyli całkiem przyzwoicie.
Wieczorem wzięliśmy pod pachę Żyrafkę i ruszyliśmy pozwiedzać. Trochę nas złapał głód, więc wróciliśmy do hostelu i zrobiliśmy sobie mięsne spaghetti. A potem jeszcze wyskoczyliśmy na piwko :)













































Dzień wyjątkowo udany. Nie dość, że wstaliśmy wcześnie i od rana byliśmy w drodze, to jeszcze sama trasa nam sprzyjała- mało męcząca i malownicza. Do tego na koniec spotkanie z Ljubljaną i miłe zaskoczenie tym miejscem. Taka nagroda za niesprzyjającą końcówkę Chorwacji :)






  • DST 72.61km
  • Czas 04:42
  • VAVG 15.45km/h
  • VMAX 49.17km/h
  • Podjazdy 942m
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Promanja- Kaštel. Dzień czwarty.

Niedziela, 7 września 2014 · dodano: 03.10.2014 | Komentarze 0

Noc spokojna, mimo bliskości deptaka i tego, że całą noc chodzili tamtędy ludzie ("Tam jest namiot, nie świeć, bo ludzi pobudzisz!").
Pobudka pół do ósmej, szybkie składanie namiotu, śniadanie i kawka. A w tak zwanym międzyczasie łatanie dętki w tylnym kole mojego Diamanta; myślałem, że złapałem snake'a po wczorajszym "downhill'u" po deptaku, ale okazało się, że to "tylko" kawałek szkła...





Dętka wymieniona, udało się mini pompką napierdzieć odpowiednie ciśnienie, więc pozostało założyć sakwy i ruszać dalej.
Przed tym jednak Justynka skusiła się na poranną kąpiel w morzu. Woda była tak czysta, że szok. Do tego oświetlona promieniami słońca robiła niesamowite wrażenie. :)











Po wyjechaniu z naszego miejsca noclegowego pobiliśmy rekord dystansu- po dwóch i pół kilometrach zatrzymaliśmy się w Baškej Vodzie na zimniutkie Ožujsko. Dziś leniwa niedziela i nigdzie się nie spieszymy :)





W końcu się zebraliśmy i ruszyliśmy dalej, w stronę Splitu. Wyjazd z Baškej Vody wcale nie był łatwy, bo do pokonania mieliśmy około sześć kilometrów dość stromego podjazdu.

Po wdrapaniu się na przełęcz czekał na nas długi i przyjemny zjazd, prawie do samego Omiš. Początkowo tam mieliśmy się zatrzymać, żeby coś zjeść, jednak minęliśmy to "większe" miasteczko i zaraz za nim zrobiliśmy kolejny postój na schłodzenie się w morzu i piwkiem :)
Pogoda dziś nie rozpieszcza i daje nam się we znaki- od około dziewiątej rano temperatura grubo przekraczała dwadzieścia stopni Celsjusza, a w okolicach czternastej spokojnie dochodziła do trzydziestu kresek na plusie... Tak więc postój w Duče był jak najbardziej uzasadniony :)
Plan na dzisiaj, z okazji leniwiej niedzieli, to dojechać przed Split i tam szukać miejsca na spanie, albo przejechać Split tranzytem i gdzieś za nim rozglądać się za noclegiem. Jak pisze Piotrek Strzeżysz- nie lubimy dużych miast. ( http://onthebike.pl/ )
W Duče wskoczyliśmy na chwilę do restauracji Croatia na niedzielną rybkę. Od święta można, a co! :)







Stamtąd prosto na Split.
Za zwiedzaniem nie przepadamy, więc miasto przejeżdżamy tranzytem. Szczerze powiedziawszy- było to dotychczas najgorsza droga, jaką przyszło nam jechać w Chorwacji. Jezdnia kilkupasmowa, szybkiego ruchu, na której minimalna prędkość (!), to czterdzieści kilometrów na godzinę. Nic to, jechać trzeba. Po drodze kilkukrotnie się gubimy, kilkadziesiąt razy nie jesteśmy pewni dalszej trasy... Po prostu obłęd. Czuliśmy się, jak na Autostradowej Obwodnicy Wrocławia.
Duże miasta nie są dla nas.
W końcu udało nam się wydostać z głównej drogi (Jadranskiej Magistrali, D8) na boczną, prowadzącą przez Kaštel na Trogir (gdzie znajduje się Splickie lotnisko).
Sceneria wzdłuż drogi- masakra. Opuszczone, domy, fabryki, stocznie; jesteśmy niby blisko morza, a klimat zupełnie inny, niż czterdzieści kilometrów wcześniej. Do tego robi się późno, a my potrzebujemy sklepu. Krajobraz niewiele się zmienia, ale udaje nam się znaleźć nieduży sklepik osiedlowy, gdzie kupujemy wodę i piwko na wieczór.
Pozostaje więc znaleźć miejsce do spania .Pomaga nam w tym spotkany przed sklepem mountainbiker, który stwierdził, że cztery kilometry stąd jest "nice beach" i tam spokojnie można rozbić namiot, bo u nich nie ma kontroli.
Do zachodu kluczymy jeszcze jeszcze nabrzeżem miejscowości w poszukiwaniu najs bicza. Otoczenie trochę się zmieniło- coś na styl plaż, kafejki i knajpki (jak nasze rodzime mordownie), pełno murali kiboli Hajduka Split...
Brniemy w to dalej.
W końcu, na całe szczęście, dosłownie "wyrosło" przed nami całkiem sympatyczne pole nad samym morzem. Pole w sensie takim, że z trawą! Do tego z toi- toiem na samym środku (i to w chwili, kiedy najbardziej tego potrzebowałem! :)). 
Trochę nie wiemy czy tu wolno, czy wypada, czy bezpiecznie... Zauważamy jednak busa na polskich blachach, więc podchodzimy. Państwo z auta mówią ze spokojem, że spali tu dwa dni i jest spoko.
Dalej jechać sensu nie było, bo słońce już zaszło, więc stwierdziliśmy, że co by nie było, to i tak musimy tu zostać. choć nie do końca pewnie się czujemy w tym miejscu.
Najważniejsze, że Split za nami, że pogoda dopisuje, że ciągle pedałujemy razem i mimo kilku nieporozumień ciągle jakoś się dogadujemy i przemy naprzód :)
Miało być lajtowo, a wyszło ponad siedemdziesiąt kilometrów.
Do tego drugi raz podczas tego wyjazdu można było normalnie wbić szpilki w podłoże :)
No i księżyc fajnie oświetlał zatoczkę. I nocna panorama na Split też spoko :)
Na kolację odmiana- ryż :) Z ciemnym sosem pieczeniowym, papryką i kukurydzą :) Właściwie bardziej tu planujemy posiłki niż we Wrocławiu...
Jutro planujemy dotrzeć w okolice Šibenika.
















  • DST 26.53km
  • Czas 01:21
  • VAVG 19.65km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Sobota, 30 sierpnia 2014 · dodano: 31.08.2014 | Komentarze 0

Pierwsza (i ostatnia) sobota w pracy w tym miesiącu. Dodatkowo kolejny dzień siedziałem sam.
Jak na sobotę działo się niewiele, ale to i dobrze, bo po wczorajszych odwiedzinach Gosi z Robertem nie do końca z wyziewem nadawałem się do ludzi... ;)

Założyłem do Diamanta nową kasetę i łańcuch, specjalnie na wyjazd. Niestety nie są najlepszej jakości, ale coraz ciężej dostać coś ciekawszego na osiem przełożeń... A poza tym nie ma co przesadzać i inwestować nie wiadomo ile w rower- około półtora tysiąca kilometrów powinien przejechać bez problemu :)





Wczoraj Justynka kupiła sobie do swojego Diamanta platformówki Dartmoora. Też na wyjazd chciałem takie, więc zostały mi podarowane. :)



Stopa trzyma się naprawdę świetnie- zero poślizgu, właściwie to czasem ciężko zmienić chcący położenie stopy. Na deszczu to samo- zero uślizgu. Przetestowane w zestawie wyjazdowym z sandałem :)

A ponieważ Justka nadal nie miała pedałów dla siebie, to pojechała do sklepu i kupiła jeszcze jeden komplet- tym razem białe, bo czarnych już nie było. Ale to i lepiej nawet wyszło, bo pasują do białej ramy.




Wieczorem przyjechali Teściowie i nawet udało się ich namówić, żeby zostali na noc (i genialne Teścia- "to tam jest gdzie spać?" ;)). Wieczorkiem na piwko na miasto; a nazajutrz wizyta na Świebodzkim w celu szukania zwykłych "ruskich" torb w kratkę (okazuje się, że dostanie ich wcale nie jest takie proste, wszyscy bazarowcy je mają, ale nikt nie wie skąd ;)).






  • DST 26.86km
  • Czas 01:18
  • VAVG 20.66km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Czwartek, 7 sierpnia 2014 · dodano: 11.08.2014 | Komentarze 0

Rower Justynki po serwisie- wymiana sterów (już bez luzów!), linek i pancerzy, z przodu zamiana  tarczy na większą i ogólny przegląd.








  • DST 26.96km
  • Czas 01:13
  • VAVG 22.16km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Środa, 6 sierpnia 2014 · dodano: 06.08.2014 | Komentarze 0

W pracy wszyscy- trochę się poogarniało, trochę zamotek, ale atmosfera- mimo gej pary- spoko. :)

O siedemnastej skończyłem i zabrałem się za Justynki Canyona. Przyjechały nowe stery, więc grzechem było by nie wymienić od razu. Mimo ceny pozostawiają wiele do życzenia, ale wkrada się w to margines błędu mechanika ;) Pomijając to- linki i pancerze przerzutkowe wymienione ( na czerwone!) ;) Jutro powalczę dalej ze sterami, żeby Żona nie miała wrażenia, że jej kiera odpada ;)




A już niedługo, już na miesiąc...

"Błękit, jak twoje oczy,
A niebo ma morza ton.
W serce wymierzony pocisk,
Do szczęścia jest bliżej stąd.
Przeciągłe raporty cykad...
Przystanią jest każdy dzień.
Młodzieńcy na motocyklach-
Szkoda czas tracić na sen"





  • DST 7.70km
  • Czas 00:36
  • VAVG 12.83km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Sobota, 26 lipca 2014 · dodano: 26.07.2014 | Komentarze 0

Duuużo rowerów do zrobienia.

Fajnie, ze praca jest pasją, a nie pracą.

Lepiej się wstaje.

Nawet na kacu...


Jak szewc...

Piątek, 18 lipca 2014 · dodano: 19.07.2014 | Komentarze 0

W pracy trochę lżej się zrobiło, dlatego skończyłem "normalnie" i wziąłem się za swojego Canyona. Po pierwsze tylny hamulec wymagał pilnego odpowietrzenia, po drugie wypadałoby po przeszło roku zajrzeć do łożysk wahacza.
Z hamulcem sprawa była o tyle kiepska, że wyrobiło się gniazdo pod klucz w śrubie w klamce i nie było jak odkręcić i odpowietrzyć samą dźwignię hamulca... Pozostało więc odpowietrzenie samego przewodu i zacisku.
Sprawdzając cały układ hamulcowy w pewnym momencie się zorientowałem, że... mam niedokręcony cały zacisk tylnego hamulca. Po dokręceniu i dalszym sprawdzaniu okazało się, że... wszystkie sześć śrub mocujących tarczę do piasty było- delikatnie mówiąc- poluzowanych...
Szewc bez butów chodzi. ;)

Z łożyskami jest tak, że nie mają żadnego wyczuwalnego luzu, ale skoro rower już wisiał na haku, to można by je przesmarować.
Stan łożysk po zdjęciu uszczelek- zajebisty. Trochę sucho, ale ogólnie w porządku. Żadnego syfu, rdzy, brak nierówno kręcących się kulek. Szczerze powiedziawszy, to jak na ponad rok użytkowania, nie oszczędzanie go w błocie, latanie po górach i mycie myjką ciśnieniową, to naprawdę świetnie się trzymają. Pozostało więc je tylko napchać nowym smarem, zamknąć uszczelnienie i skręcić wszystko do kupy. Myślę, że spokojnie do końca tego "sezonu" wytrzymają.

Wracając z pracy kląłem na rower jak szewc, bo okazało się, że z hamulcem nadal coś jest nie tak- klamka dziwnie się pociła, a sam hamulec łapał dopiero przy gripie. Chyba milion razy musiałem "pompować" klamkę, żeby zaskoczyło i pojawiła się modulacja i siła hamowania... Co się nawkurwiałem, to moje. A Canyon jest kochany... :)

Wieczorem wyskoczyliśmy z Żonką na piwko, po drodze spotkaliśmy Adama. Siedliśmy, jak za starych czasów w Przejściu Garncarskim, pogadaliśmy i każde poszło w swoją stronę. Adam do znajomych kontynuować piątkowy wieczór, a my zahaczyliśmy jeszcze o knajpkę i wróciliśmy do domu.
W knajpce rozmowa, której od dłuższego czasu nam brakowało.
Dobrze, że kościelny ślub niedługo, a po nim wyjazd...














Kategoria Wrocław, Serwis, Praca, Canyon


  • DST 47.68km
  • Czas 02:54
  • VAVG 16.44km/h
  • VMAX 41.68km/h
  • Podjazdy 173m
  • Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nowy napęd + Masa Krytyczna.

Piątek, 25 kwietnia 2014 · dodano: 26.04.2014 | Komentarze 0

Rano z Justynką do pracy.
Przyszedł w końcu czas na kolejny nowy napęd; znów nie dziesiątka, a "tylko" dziewiątka- trochę się już przyzwyczaiłem, ale o ostatecznej decyzji przeważył budżet ;)
Wymieniłem więc kasetę, łańcuch i kółka od przerzutki. Przy okazji odpowietrzyłem tylny hamulec, ale będę musiał to powtórzyć, bo nie do końca jestem zadowolony z efektu.
W międzyczasie Maryś powalczył trochę z Justyny rowerem- podregulował Jej obie przerzutki, bo ciągle było coś nie tak...











Po pracy wszyscy- ja, Marian, Kamil, Asia i Karol pojechaliśmy na kwietniową Masę. Justynka dołączyła dopiero na końcu, bo wczesniej była w pracy.







Wczoraj na serwis, a właściwie złożenie i przygotowanie do sezonu startowego trafił Specialized Camber Comp:



... jak nie przepadam za fullami na dużych kołach, to w tym się trochę zacząłem podkochiwać ;)
Rama, jeżeli chodzi o wykonanie i malowanie, to majstersztyk; do tego cała konstrukcja dość zwarta, przez co zwrotna, jak na 29", trochę więcej skoku, niż "klasycznie" sto i do tego mega czułe tylne zawieszenie FSR. Mistrzostwo świata!
Mógłbym mieć takie coś w swojej stajni, choć cały czas uważam, że jak dwadzieścia dziewięć cali, to tylko na sztywno... ;)

Sobota wolna, bo razem z Adamem jeździmy za moim garniturem na ślub. Za to niedziela i poniedziałek pracowity, bo w nocy z poniedziałku na wtorek pakujemy się z rowerkami do Marianowego kampera i ruszamy w Bieszczady... :)




Kategoria Canyon, Praca, Serwis, Wrocław


...

Czwartek, 17 kwietnia 2014 · dodano: 19.04.2014 | Komentarze 0

W pracy długo, zdecydowanie za długo, ale trzeba nazbierać na garnitur ślubny, buty i wyjazd w Bieszczady na majówkę :)

Bart skończył spawanie ramki. Cały koszt, to czterdzieści złotych, które wziął tokarz za wytoczenie tulejki redukcyjnej. Bart nie chciał nic, bo "to był moment" :)
Tulejka w ramę została wciśnięta, myślałem, że uda się tak, żeby sięgała przez całą długość ramy, ale się nie udało, bo rama niżej jest owalna, a nie okrągła. Ale i tak jest dobrze, spaw fajnie wyszedł, a całość wygląda naprawdę solidnie.

Tak, jak ustalałem z Młodym, do którego idzie rower- spawu nie szlifuję, bo chce sam to sobie zrobić, nie maluję, bo to też sam chce sobie ogarnąć. Dla mnie lepiej, bo nie muszę kombinować, a on będzie miał tak, jak chce. A jak spieprzy, to będzie mógł mieć pretensje tylko do siebie ;)

Ogólnie temat pt "Rocky Mountain" właściwie zamknięty. Rower pospawany, wysłany (18.04) w częściach, bo tak sobie Młody zażyczył :)
Całość trochę trwała, bo kupiec trochę się zastanawiał, potem ciężko było ustrzelić Barta we Wrocławiu, ale w końcu się udało.

Kilka zdjęć poglądowych (zdjęcia sprzed spawania i całego roweru w archiwum):












Szewc bez butów nie chodzi.

Sobota, 12 kwietnia 2014 · dodano: 13.04.2014 | Komentarze 0

Z rana, przed pracą, zmieniłem oponki.
W pracy w końcu znalazłem chwilę i zabrałem się za swój rower. Na pierwszy strzał poszedł przedni Fox, bo zaczął trochę mulić, a poza tym pękł mu rok bez żadnego serwisu...





Wszystko rozkręciłem, przeczyściłem, nasmarowałem i złożyłem do kupy. Właściwie roboty dużo nie było- w środku można było znaleźć czysty fabryczny smar (w śladowych właściwie ilościach) i olej, który na zużyty nie wyglądał, ale jego ilość też nie powalała.
Nasączyłem ponownie gąbki, uzupełniłem olej (7,5W) i złożyłem do kupy.









Przy okazji wykryłem lekki luz na łożyskach suportu; korzystając więc z "wolnej" chwili i za to się od razu zabrałem. Na szczęście "swoich" szlifowanych zamiennych łożysk mam pod dostatkiem :)







W najbliższym czasie planuję jeszcze zabrać się za tylnego Fox'a i wymianę łożysk w zawieszeniu i kołach.

A wieczorem parapetówka się odbyła :)


Wpis jest pisany 13. kwietnia i właśnie jesteśmy po zamówieniu obrączek, odbiór 20. maja :)


Flag Counter