Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Ciacho1985 z miasteczka Jordanów Śląski / Wrocław. Mam przejechane 47167.64 kilometrów w tym 6908.79 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.62 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 62.61km
  • Teren 50.00km
  • Czas 04:01
  • VAVG 15.59km/h
  • Podjazdy 409m
  • Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tropiciel T20 - Miasteczko Śląskie.

Niedziela, 10 lipca 2016 · dodano: 10.07.2016 | Komentarze 2

Idąc za ciosem postanowiliśmy wystartować w kolejnej, jubileuszowej dwudziestej edycji Tropiciela. Trochę pchała nas ciekawość, trochę niedosyt po dziewiętnastej edycji. Wówczas zabrakło nam dwóch punktów z dystansu sześćdziesiąt kilometrów - jednego nie zauważyliśmy na mapie, a na drugi nie zdążyliśmy.
Tym razem chcieliśmy to poprawić.

T20 miał się odbywać w Miasteczku Śląskim, czyli wcale nie tak blisko Wrocławia. Z Justyną ustaliliśmy, że w drodze tam zostawimy ją u rodziców w Mikolinie, bo jest po drodze, a wracając odbierzemy.

Na dwa dni przed startem wykruszył nam się Robert - nasz główny nawigator. Na jego miejsce, pomimo poruszenia nieba i ziemi, nie udało się znaleźć zastępstwa, więc postanowiliśmy ruszyć we trzech.

Do Miasteczka Śląskiego ruszyliśmy w sobotę o szesnastej po pracy Maria i Andrzeja (mi przypadła akurat wolna sobota...).



W Mikolinie zostawiliśmy Justynkę i Mango i spokojnie pojechaliśmy dalej.
Po drodze ogarnęliśmy zakupy na grilla, bo po dojeździe na miejsce mieliśmy blisko pięć godzin do startu, bo ten został przez organizatora zaplanowany dla nas na trzydzieści minut po północy.



Na miejsce zajechaliśmy po dziewiętnastej; rozpaliliśmy grilla, trochę się ogarnęliśmy. Chłopaki postanowili przed startem trochę się zdrzemnąć. Ja czuwałem i pilnowałem godziny, ponieważ spać mi się nie chciało.







Od jedenastej zaczynała się rejestracja teamów rowerowych, więc pojechaliśmy dokonać formalności i czekaliśmy na start.
Pięć minut przed startem dostaliśmy mapę. Jak zawsze - punkty oddalone od siebie w kosmicznych odległościach, po drodze zadania, zagadki i tajemniczy punkt "G", do którego nikt nie wie, jak dotrzeć. Podpowiedzi mieliśmy "zdobywać" na kolejnych punktach kontrolnych.



Tym razem Tropiciel miał "fabułę" - wszystkie punkty kontrolne były powiązane jedną historią: katastrofą na terenie kopalni. 





Fajnie, bo była woda skażona promieniowaniem, do której Mario musiał zjechać na tyrolce, a ja musiałem go wciągnąć; były bunkry, wiedza o grzybach jadalnych i niejadalnych, o sprzęcie wojskowym i strażackim...
Początek nie szedł nam zbyt dobrze, a zdobywanie punktów kontrolnych bardzo mozolnie. Po kolei jednak odnajdywaliśmy punkty, wykonywaliśmy zadania. Najwięcej problemu było bodajże w punkcie "P", gdzie "żołnierz" podpowiadał nam, jak zdobyć probówkę potrzebną do odkrycia tajemniczego punktu "G". Skończyło się na tym, że wszyscy pobłądzili i nie mogli trafić na miejsce. Dramat. Straciliśmy tam blisko godzinę chodząc po chaszczach, stawach i piachach szukając wiatru w polu...
W końcu, po kolejnej podpowiedzi na punkcie kontrolnym udało nam się namierzyć na mapie ukryty "G".









Gdy zaczęło świtać doskwierać zaczęło mi zmęczenie i niewyspanie. Oraz ogromy ból dupy, bo "inteligentnie" założyłem spodenki z pampersem na... gacie.
Finalnie udało nam się dotrzeć do punktu "G", gdzie zostawiliśmy i przebadaliśmy probówkę. Stamtąd, honorowo, pojechaliśmy na punkt "C" i z powrotem do bazy rajdu, żeby zmieścić się w limicie czasowym. Odpuściliśmy punkty na sześćdziesiąt kilometrów "K" i "U", bo zabrakło by nam czasu, choć później - na spokojnie - droga do nich wydawała się prosta.

Na metę dotarliśmy chwilę po siódmej, mieszcząc się tym samym w siedmiogodzinnym limicie czasowym, ale bez dwóch punktów kontrolnych.
Dokładnie tak, jak w Miękini.

Po dotarciu do auta od razu przymierzyłem się do spania, bo czekała mnie jeszcze droga powrotna za kierownicą. Chwilę po ósmej zaczęło jednak tak grzać, że nie dało się spać i o dziewiątej trzydzieści, wiercąc się w śpiworze, jak smród po gaciach, ostatecznie skapitulowałem i nie chciało już mi się spać.
Trochę się ogarnęliśmy, o jedenastej poszliśmy na losowanie nagród i po dwunastej, po zapakowaniu i ogarnięciu auta, rozpoczęliśmy powrót przez Mikolin do Wrocławia.



Wyszło, jak wyszło. Do następnego Tropiciela T21 w Karłowicach (w Opolskiem) pozostało jeszcze trochę czasu, bo do października. Myślę, że wystartujemy znów, żeby mieć komplet na ten rok, jednak ja celowałbym w trasę czterdzieści, a nie sześćdziesiąt kilometrów. Spróbowaliśmy dwa razy, nie wyszło, nie ma sensu się spuszczać. Najpierw ogarnijmy jednak krótszy dystans, a potem bierzmy się za większy.

Jeżeli chodzi o sprawy organizacyjne - trasa trudniejsza od tej w Miękini. Trochę trudniej było odnaleźć punkty kontrolne, ale te z kolei wydały się ciekawsze niż te na T19.
Strzałem w dziesiątkę był według mnie pomysł, żeby cały Rajd zrobić tematycznym, gdzie wszystkie punkty nawiązywały do siebie, a nie jak w poprzednich edycjach, kiedy każdy punkt był z "innej parafii".
Bardzo liczyliśmy na mecie na posiłek regeneracyjny w postaci bardzo dobrych zup, jak w Miękini; fajnie też, jak tam, było by się rano napić ciepłej kawy czy herbaty.
Tutaj trochę się rozczarowaliśmy, bo w ramach posiłku regeneracyjnego była kiełbasa z grilla, dwie kromki chleba i ogórek kiszony. Nie wiem, jak innym, ale mi (i jak się okazało Andrzejowi i Mariowi również) słabo widzi się pieczona na grillu kiełba niewiadomego pochodzenia. O siódmej rano... Kiepściuchno. Tym bardziej, że z tego, co się zorientowałem, nie było opcji dla wegetarian, których dziś przecież nie brakuje. Większość organizatorów podobnych imprez stawia na jakąkolwiek, ale jednak różnorodność w posiłkach regeneracyjnych. Najlepiej sprawdzają się zupy, wszelkiego rodzaju makarony i ryże. Nawet sałatki są w porzo. Kiełbasy niekoniecznie. ;)

Nic to, czekamy na październik. :)

Kategoria Canyon


  • DST 12.34km
  • Czas 00:43
  • VAVG 17.22km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] BUBek
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Piątek, 8 lipca 2016 · dodano: 09.07.2016 | Komentarze 0

Piątello.
Po pracy pakowanie na Tropiciela i piwko z Adamem.


Kategoria Praca, Wrocław


  • DST 6.54km
  • Czas 00:24
  • VAVG 16.35km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] BUBek
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Czwartek, 7 lipca 2016 · dodano: 08.07.2016 | Komentarze 0

Na dwa dni przed Tropicielem T20 wykruszył nam się Robert... Słabiutko.

Wieczorem piwko od Adama - z Litwy jechało do mnie przez Niemcy i Szwajcarię :)


Kategoria Praca, Wrocław


  • DST 7.75km
  • Czas 00:28
  • VAVG 16.61km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] BUBek
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Środa, 6 lipca 2016 · dodano: 06.07.2016 | Komentarze 0

Kategoria Praca, Wrocław


  • DST 13.01km
  • Teren 0.30km
  • Czas 00:41
  • VAVG 19.04km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Wtorek, 5 lipca 2016 · dodano: 05.07.2016 | Komentarze 0

Wieczorem, gdy pogoda się w miarę ustabilizowała wyjechałem na rundkę po wałach. W planie było więcej kilometrów, ale gdy zobaczyłem, co się dzieje na niebie za moimi plecami postanowiłem czym prędzej gnać do domu.
I dobrze, bo drugi raz w tym dniu udało się dotrzeć do domu suchym, a za chwilę się rozpadało.









Po niedzielnym spotkaniu nad Bajkałem z Borysem i jego właścicielami dziś przesłali nam zdjęcia, gdy był mały. 
Wypisz - wymaluj Mango.
Klapnięte uszy, pieprzyki, "brwi", kolory, a nawet spojrzenie (tak, tak, nie tylko u ludzkich dzieci to widać :)) są identyczne.
Jedyne różnice, to to, że nasz Mango ma białą końcówkę prawej łapki, a do tego - już dorosły - jest ciut większy i bardziej postawny mimo młodszego wieku.
Ogólnie od początku strasznie byliśmy ciekawi, jak wyglądał nasz piesek, gdy był szczeniaczkiem; teraz mamy to przybliżone :)

Borys vel Mango:






Kategoria Diamant, Wrocław


  • DST 18.06km
  • Czas 00:57
  • VAVG 19.01km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] BUBek
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Wtorek, 5 lipca 2016 · dodano: 05.07.2016 | Komentarze 0

Do pracy okrężną drogą; tym razem Długą do Mostu Milenijnego po to, żeby... wrócić Legnicką z lekkim hakiem.
Przed samym końcem pracy turboburza, prawie armagiedon, ale ostatecznie powrót do domu prawie suchą stopą.
Kategoria Praca, Wrocław


  • DST 18.28km
  • Teren 7.00km
  • Czas 00:54
  • VAVG 20.31km/h
  • VMAX 33.32km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Poniedziałek, 4 lipca 2016 · dodano: 04.07.2016 | Komentarze 0

Wały wieczorową porą.

Diamantowi pękło pięć tysięcy...
Kategoria Diamant, Wrocław


  • DST 9.40km
  • Czas 00:34
  • VAVG 16.59km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] BUBek
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Poniedziałek, 4 lipca 2016 · dodano: 04.07.2016 | Komentarze 0

Kategoria Praca, Wrocław


  • DST 43.18km
  • Teren 15.00km
  • Czas 02:46
  • VAVG 15.61km/h
  • VMAX 25.66km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 164m
  • Sprzęt [R.I.P.] Diamant
  • Aktywność Jazda na rowerze

Druga - Bawełniana - rocznica nad Bajkałem.

Niedziela, 3 lipca 2016 · dodano: 03.07.2016 | Komentarze 0

Po pracy w sobotę mieliśmy jechać nad Bajkał pod namiot; zapowiadali jednak załamanie pogody i burze na wieczór i noc, więc zrezygnowaliśmy z tego planu i postanowiliśmy, że pojedziemy w niedzielę - zrobimy grilla, posiedzimy nad wodą, a Mango się wybiega.

Tak jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy i po jedenastej byliśmy już zapakowani i gotowi do jazdy. Dla Justynki ważny dzień, bo po zdjęciu szyny dopiero trzeci raz wyszła na rower, a na Diamancie, to już w ogóle nie pamiętamy, kiedy jeździła...
Mi zależało na tym, żeby przed wakacjami sprawdzić, jak jeździ się Diamantem objuczonym czterema sakwami i przyczepką z psem. Napchałem więc do sakw co się dało i w drogę.







Jest nie najgorzej, zakładając, że nie jechałem z zapakowanym planowanym ekwipunkiem wakacyjnym (brak worka transportowego z namiotem, matami samopompującymi i śpiworami...), a i przewyższeń jakichś dużych nie było. Przy sztywniejszych podjazdach zakładam, że będzie mnie ratowało przełożenie 1 x 1 (24 x 34). Po płaskim spoko, nawet pod wiatr.
Jedyne, nad czym się zastanawiam, to montaż worka transportowego Crosso na przyczepie Mango. Trochę, żeby odciążyć tylne koło, ale przede wszystkim, żeby dociążyć DoggyVana, bo jak psa nie ma w środku, bo biegnie luzem, to strasznie skacze i hałasuje na wybojach.
Jeszcze miesiąc na ułożenie w głowie co zabierać, a czego kategorycznie unikać. W większości pewnie zdublujemy bagaż, który zabieraliśmy w podróż poślubną.

Chciałbym tym razem jednak troszkę "usprawnić" sprawę gotowania i smażenia. Kuchenka nie zawsze się sprawdza, bo często mocno wieje i dużo gazu traci się zupełnie bez potrzeby. Na kuchence dodatkowo ciężko zrobić kiełbasę czy coś upiec. Bez sensu jest też targać ze sobą całego grilla, bo gabaryt trochę za duży. Na jednorazowe z kolei szkoda i miejsca i pieniędzy.
Dlatego postanowiłem dziś sprawdzić "patent", który już wiem, że będziemy wykorzystywali nad morzem.
Dół, dwie blaszki i bagnet do AK - 47 jako stelaż, ruszt od grilla i już.
W dole palimy ogień, wystarczy naprawdę niewiele drewna, żeby przygotować w takich warunkach szybki posiłek czy zagotować wodę. Na ruszcie kładziemy, to co chcemy - kiełbę, szaszłyki, rybkę, gar z wodą na kawę lub do zagotowania fasolki szparagowej... Cokolwiek.
A że ja takie zabawy lubię, to tym chętniej mniej będę używał kuchenki gazowej :)
O tym, że takie ognisko jest bardziej ekonomiczne i bezpieczne (!) nie będę wspominał.
























Przy okazji, w trakcie pobytu nad Bajkałem, dowiedzieliśmy się od... mojej Mamy, że mamy dziś drugą rocznicę ślubu cywilnego. :)
Pamiętały dwie osoby - moja Mama właśnie i Kolec, która była naszą "cywilną" świadkową.
Nie ma co mieć pretensji o to, że nikt nie pamiętał, skoro sami zainteresowani, czyli my - zapomnieliśmy :)
Nic to jednak, naszą Bawełnianą (!?) Rocznicę spędziliśmy w cudownych okolicznościach przyrody, przy kiełbasie z ognia, zamiast w nie wiadomo jakiej restauracji na kolacji...
Kochana ta moja Żona, że nie zabiega o takie pierdoły.
No i że zapomnieliśmy wspólnie o tym dniu... ;)



W okolicach szesnastej zaczęliśmy się zbierać do powrotu. Tym razem nie przez Swojczyce i Wojnów, a wzdłuż obwodnicy - do Siechnic i stamtąd przez Radwanice do Wrocławia.









Piesek wybiegany i "wypływany".
(Przy okazji spotkaliśmy jego starszego sobowtóra - pieska, który wyglądał identycznie, jak Mango, z tym wyjątkiem, że miał różowy, a nie czarny nochal. Borys, bo tak się nazywał jest mieszańcem labradora i owczarka kaukaskiego, więc wygląda na to, że i Mango ma podobne korzenie. Czteroletni Borys, podobnie jak Mango, ma dwie misje - utylizacja wszystkich patyczków na świecie oraz uratowanie tych z wody i... zutylizowanie ich. Borys jest tak podobny do Mango, że w pierwszej chwili ja zastanawiałem się, co nasz pies robi u obcych ludzi, a tamci zastanawiali się dlaczego obcy ludzie trzymają ich Borysa. Podobieństwo tak uderzające, że poprosiliśmy ich o przesłanie nam zdjęć Borysa, jak był malutki, bo strasznie ciekawi nas, jak wyglądał Mango - szczeniaczek :)).
My najedzeni i odpoczęci.
"Sprzęt" i bagaż sprawdzone.
Justynka zadowolona, że po takim czasie dała radę z taką wycieczką.
Przejażdżka z niespodzianką w postaci rocznicy naprawdę udana!



 Przy okazji rozmowy na temat wakacji stwierdziliśmy, że chyba szkoda czasu, sił i finansów na dojazd autem do Świnoujścia tylko po to, żeby potem do niego wracać (nota bene - pociągiem) z Helu do Szczecina.
Skoro i tak mamy jechać raz pociągiem, to można i dwa: Wrocław - Świnoujście, potem rowerami na Hel i stamtąd pociągiem relacji Hel - Wrocław z powrotem.
Najbardziej przeraża pakowanie do pociągu dwóch rowerów, ośmiu sakw, przyczepki, psa i dwójki ludzi. Nie mniej jednak bez sensu jest tracić czas na dojazdy autem i do auta, który moglibyśmy wykorzystać na słodkie nicnierobienie na plaży na ten przykład.
Jeśli tylko uda się znaleźć powrotne bezpośrednie połączenie z Helu do Wrocławia, to chyba nie ma się co zastanawiać.
Szkoda kasy na paliwo, szkoda zostawiać auto na tydzień, skoro przed północą mamy pociąg, który jedzie niespełna osiem godzin i w Świnoujściu jesteśmy przed siódmą rano.
Jeszcze miesiąc, coś się wymyśli.
Kategoria Diamant, Wrocław


  • DST 3.73km
  • Czas 00:15
  • VAVG 14.92km/h
  • Sprzęt [R.I.P.] BUBek
  • Aktywność Jazda na rowerze

...

Sobota, 2 lipca 2016 · dodano: 03.07.2016 | Komentarze 0

Kategoria Wrocław


Flag Counter