Info
Więcej o mnie.
Moje rowery
Archiwum bloga
- 2026, Maj10 - 2
- 2026, Kwiecień21 - 8
- 2026, Marzec2 - 0
- 2026, Luty1 - 1
- 2026, Styczeń2 - 0
- 2025, Grudzień3 - 1
- 2025, Listopad3 - 0
- 2025, Październik6 - 0
- 2025, Wrzesień5 - 0
- 2025, Sierpień14 - 5
- 2025, Lipiec13 - 6
- 2025, Czerwiec14 - 11
- 2025, Maj10 - 9
- 2025, Kwiecień10 - 8
- 2025, Marzec8 - 2
- 2025, Luty12 - 7
- 2025, Styczeń10 - 2
- 2024, Grudzień1 - 1
- 2024, Listopad8 - 5
- 2024, Październik15 - 11
- 2024, Wrzesień10 - 8
- 2024, Sierpień6 - 4
- 2024, Lipiec6 - 5
- 2024, Czerwiec3 - 3
- 2024, Maj9 - 7
- 2024, Kwiecień9 - 1
- 2024, Marzec10 - 5
- 2024, Luty2 - 2
- 2024, Styczeń3 - 1
- 2023, Grudzień3 - 1
- 2023, Listopad2 - 0
- 2023, Październik2 - 0
- 2023, Wrzesień5 - 4
- 2023, Sierpień4 - 0
- 2023, Lipiec5 - 0
- 2023, Czerwiec1 - 0
- 2023, Maj2 - 0
- 2023, Kwiecień3 - 0
- 2023, Marzec5 - 0
- 2023, Luty5 - 0
- 2023, Styczeń4 - 0
- 2022, Grudzień3 - 0
- 2022, Listopad2 - 0
- 2022, Październik4 - 0
- 2022, Wrzesień5 - 0
- 2022, Sierpień4 - 0
- 2022, Lipiec4 - 3
- 2022, Czerwiec13 - 8
- 2022, Maj10 - 8
- 2022, Kwiecień5 - 5
- 2022, Marzec6 - 2
- 2022, Luty2 - 2
- 2022, Styczeń2 - 1
- 2021, Grudzień5 - 1
- 2021, Listopad6 - 1
- 2021, Październik5 - 2
- 2021, Wrzesień7 - 0
- 2021, Sierpień5 - 2
- 2021, Lipiec2 - 0
- 2021, Czerwiec6 - 6
- 2021, Maj4 - 8
- 2021, Kwiecień6 - 11
- 2021, Luty1 - 1
- 2021, Styczeń2 - 3
- 2020, Grudzień4 - 7
- 2020, Listopad4 - 1
- 2020, Październik1 - 1
- 2020, Wrzesień2 - 0
- 2020, Sierpień9 - 8
- 2020, Lipiec5 - 0
- 2020, Czerwiec7 - 5
- 2020, Maj5 - 4
- 2020, Kwiecień4 - 0
- 2020, Marzec22 - 11
- 2020, Luty37 - 11
- 2020, Styczeń40 - 20
- 2019, Grudzień34 - 8
- 2019, Listopad41 - 0
- 2019, Październik40 - 2
- 2019, Wrzesień42 - 3
- 2019, Sierpień28 - 0
- 2019, Lipiec50 - 9
- 2019, Czerwiec35 - 0
- 2019, Maj36 - 3
- 2019, Kwiecień34 - 4
- 2018, Grudzień6 - 0
- 2018, Listopad12 - 2
- 2018, Październik16 - 0
- 2018, Wrzesień22 - 0
- 2018, Sierpień16 - 0
- 2018, Lipiec21 - 0
- 2018, Czerwiec23 - 0
- 2018, Maj17 - 11
- 2018, Kwiecień29 - 6
- 2018, Marzec25 - 0
- 2018, Luty30 - 6
- 2018, Styczeń29 - 6
- 2017, Grudzień27 - 0
- 2017, Listopad23 - 0
- 2017, Październik19 - 2
- 2017, Wrzesień25 - 0
- 2017, Sierpień20 - 0
- 2017, Lipiec26 - 3
- 2017, Czerwiec32 - 4
- 2017, Maj30 - 2
- 2017, Kwiecień36 - 0
- 2017, Marzec30 - 0
- 2017, Luty21 - 2
- 2017, Styczeń21 - 1
- 2016, Grudzień24 - 1
- 2016, Listopad25 - 4
- 2016, Październik29 - 0
- 2016, Wrzesień31 - 6
- 2016, Sierpień28 - 3
- 2016, Lipiec35 - 2
- 2016, Czerwiec32 - 2
- 2016, Maj45 - 2
- 2016, Kwiecień32 - 0
- 2016, Marzec31 - 1
- 2016, Luty26 - 0
- 2016, Styczeń29 - 1
- 2015, Grudzień27 - 0
- 2015, Listopad26 - 0
- 2015, Październik28 - 6
- 2015, Wrzesień27 - 2
- 2015, Sierpień32 - 0
- 2015, Lipiec29 - 4
- 2015, Czerwiec21 - 0
- 2015, Maj32 - 1
- 2015, Kwiecień25 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty7 - 0
- 2015, Styczeń16 - 0
- 2014, Grudzień15 - 8
- 2014, Listopad20 - 0
- 2014, Październik26 - 10
- 2014, Wrzesień26 - 4
- 2014, Sierpień26 - 5
- 2014, Lipiec32 - 3
- 2014, Czerwiec28 - 1
- 2014, Maj29 - 13
- 2014, Kwiecień28 - 2
- 2014, Marzec27 - 5
- 2014, Luty26 - 8
- 2014, Styczeń29 - 11
- 2013, Grudzień31 - 16
- 2013, Listopad27 - 18
- 2013, Październik31 - 29
- 2013, Wrzesień27 - 10
- 2013, Sierpień26 - 0
- 2013, Lipiec25 - 2
- 2013, Czerwiec30 - 11
- 2013, Maj31 - 21
- 2013, Kwiecień29 - 42
- 2013, Marzec19 - 17
- 2013, Luty16 - 10
- 2013, Styczeń25 - 36
- 2012, Grudzień19 - 15
- 2012, Listopad24 - 7
- 2012, Październik24 - 0
- 2012, Wrzesień25 - 3
- 2012, Sierpień27 - 0
- 2012, Lipiec29 - 8
- 2012, Czerwiec13 - 14
- 2012, Maj4 - 0
- 2012, Marzec2 - 0
- 2011, Listopad1 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień1 - 0
- 2011, Sierpień1 - 0
- 2011, Czerwiec3 - 0
- 2011, Maj1 - 0
- 2011, Kwiecień3 - 0
- 2011, Marzec3 - 0
- 2011, Luty1 - 0
- 2011, Styczeń1 - 0
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
Wrocławskie Święto Rowerzysty. Dr. Bike w akcji :)
Niedziela, 9 czerwca 2013 · dodano: 12.06.2013 | Komentarze 0
Z rana szybka kawka i pyszne Justynkowe śniadanie :)Po chwili pojawił się Marian, zapakowaliśmy się do wesołej Skodziny i pojechaliśmy pakować do Rowerowni CRK narzędzia na Dr. Bike'a na Święto Wrocławskiego Rowerzysty :)
Tuż po dwunastej pojawiliśmy się w parku Tołpy i zaczęliśmy rozkładać cały burdel ;)
Chętnych do napraw było sporo- głównie regulacje przerzutek, wymiany linek, pancerzy itp.
O siedemnastej skończyliśmy, zapakowaliśmy się do auta i pojechalismy z Justyną do mnie do pracy odwieźć narzędzia, żeby mieć na rano wszystko.
Spotkałem kupę znajomych, ale nawet nie było tak za bardzo czasu, żeby porozmawiać.
Wielkie podzękowania dla Mariana i Czoła za udaną współpracę (już drugi dr. Bike w tym składzie :)), dla Justka za pomoc i asystowanie ;) oraz dla Michała za pamięć i ofiarowanie Atlasu Rowerowego :)
- DST 29.20km
- Teren 27.00km
- Czas 02:50
- VAVG 10.31km/h
- VMAX 42.40km/h
- Kalorie 286kcal
- Podjazdy 750m
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
Bike Maraton Głuszyca. Maraton z buta.
Sobota, 8 czerwca 2013 · dodano: 09.06.2013 | Komentarze 1
Rano (o dziwo!) wstałem bez problemu. I rześki, i w ogóle :)Przyjechała Elwira i pojechaliśmy najpierw na Jerzmanowską po jej rower. Potem odrazu do Głuszycy; w Świdnicy spotkaliśmy się z resztą Teamu.
Start z czwartego sektora. Pogoda piękna, góry, moc jest- myślę sobie, że pojadę w końcu mega w tym sezononie. Tym bardziej, że uwielbiam Góry Kamienne i Sowie i Głuszycę samą w sobie. :)
Start.
Od razu podjazd- długi (ponad 7km), ale łatwy technicznie. Jest moc, więc łykam zawodników po kolei.
Niestety, od pierwszego kilometra czuję, że coś jest nie tak. Nie wiem co, ale czuję, żezaraz coś się stanie. Z rowerem w sensie.
1,51km- trrrrach. Łańcuch się zerwał. Szybko rower do góry kołami obracam, wyciągam skuwacz i naprawiam. W międzyczasie dogania i mija mnie kolejno piąty i szósty sektor.
Łańcuch skuty, wsiadam i cisnę pod górę wymijając tych, którzy minęli mnie chwilę wcześniej.
Niedługo potem zrywam łańcuch kolejny raz.
Potem raz jeszcze.
I kolejny.
I znów.
Z piątym razem nie było co skuwać, bo łańcuch stał się po prostu za krótki i nie ogarniał już żadnego przełożenia. Można było zrobić singla, ale ze względu na podjazdy nie było sensu.
Tak więc od dwudziestego kilometra prowadziłem rower; w sumie osiem i pół kilometrów do mety... Tam, gdzie dało się zjeżdżać, to jechałem, reszta z buta.
Wyszło, że chciałem zrobić mega, a jedną trzecią dystansu mini pokonałem pieszo...
Wielka szkoda, bo mocy miałem w nogach duuużo, a i trasa świetnie poprowadzona- zwłaszcza po rozjeździe mini/ mega.
Sprzęt zawiódł. Szewc bez butów chodzi- stara to prawda :)
W M2 na mini- 73.
W open lepiej się nie przyznawać- coś ponad trzysta.
Całkowity czas "przejazdu" 3:07, w tym 17 minut stracone na czterokrotne skuwanie łańcucha...
A wieczorem impreza u Justyny. Zamiast rozjazdu ;)
Gloria Victis!
- DST 33.33km
- Czas 01:40
- VAVG 20.00km/h
- VMAX 31.20km/h
- Kalorie 485kcal
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
...
Piątek, 7 czerwca 2013 · dodano: 09.06.2013 | Komentarze 0
Do pracy wpadła Justynka; poserwisowała sobie Cube'a i przygotowała rower Elwiry na maraton. Jest progress :) Ja pod fajrant przygotowałem sobie Canyonka...Wieczorem zapakowałem się na maraton, potem pojechaliśmy z Ewą i Justyną na Wzgórze Polskie na piwko ;)
Po powrocie do domu szybka naprawa plecaka na bukłaka na maraton. Wyszło bardzo D.I.Y. ;)
I spać... Bo rano BM Głuszyca- w końcu górki, w końcu może dystans mega...
:)
- DST 39.51km
- Czas 02:07
- VAVG 18.67km/h
- VMAX 33.90km/h
- Kalorie 528kcal
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
...
Czwartek, 6 czerwca 2013 · dodano: 07.06.2013 | Komentarze 0
- DST 25.39km
- Czas 01:19
- VAVG 19.28km/h
- VMAX 29.00km/h
- Kalorie 337kcal
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
Oni odnaleźli się...
Środa, 5 czerwca 2013 · dodano: 06.06.2013 | Komentarze 0
... i będę :)(pisała Justyna) :)
- DST 29.77km
- Czas 01:24
- VAVG 21.26km/h
- VMAX 31.80km/h
- Kalorie 426kcal
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
...
Wtorek, 4 czerwca 2013 · dodano: 04.06.2013 | Komentarze 0
"...Tak cieszy każdy ranek, jak z kobietą w ramionach.":)
:D
- DST 1.00km
- Czas 00:06
- VAVG 10.00km/h
- VMAX 17.40km/h
- Kalorie 8kcal
- Aktywność Jazda na rowerze
...
Poniedziałek, 3 czerwca 2013 · dodano: 03.06.2013 | Komentarze 0
Zrobiłem sobie dzień wolny od pracy, bo nie czułem się rano za dobrze...Zasłyszane w schronisku na afterze... ;)
">nlr
.
">:)
- DST 2.06km
- Czas 00:05
- VAVG 24.72km/h
- VMAX 20.60km/h
- Kalorie 10kcal
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
Enduro po Kotlinie Kłodzkiej; dzień czwarty.
Niedziela, 2 czerwca 2013 · dodano: 04.06.2013 | Komentarze 2
Powrót. :(Noc spędzona w aucie. Ogólnie wygodnie, tylko trzeba wymyślić coś na wystające metalowe elementy, które wbijały się w plecy.
Justyna zdążyła się umyć, ubrać, wypić, kawę, pomalować paznokcie, zjeść szarlotkę, zanim wstałem ja ;)
Było też uzupełnianie dziennkia pokładowego, ale przerwała Joda :)
Zebraliśmy się do kupy, zapakowaliśmy wszystko na Skodzinę i ruszyliśmy w stronę Wrocławia...
W Kłodzku zahaczyliśmy o (chyba) najlepiej usytuowanegą restaurację "Złote Łuki" w tym kraju... ;)
Wyjazd naprawdę zajebisty, tym bardziej, gdy widzi się uśmiech na twarzy kogoś, na kim zależy... :)
I bardzo ważna rzecz- jest plan na przyszłość i sposób na życie. Znajdziemy sobie schronisko, które będziemy razem prowadzić. Będą w nim mieszkać koty (czarna Mrówa i biały Czesław), będzie przyjazne rowerzystom; każdego dnia będziemy poznawać nowych, ciekwaych ludzi, spędzać czas w gronie podróżników, piec pachnącą szarlotkę, a wieczorami organizować ogniska z gitarą i śpiewem. I gdzie lane piwo będzie się nazywało (Psssst)rąg. A zamiast obrusów bedą mapy! O! :)
Jak każdy wyjazd i ten ma swoją złotą myśl- gdzie Troszczyński nie może, tam |Bielecką pośle. ;)
- DST 45.90km
- Teren 2.00km
- Czas 03:11
- VAVG 14.42km/h
- VMAX 53.80km/h
- Podjazdy 946m
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
Enduro po Kotlinie Kłodzkiej; dzień trzeci.
Sobota, 1 czerwca 2013 · dodano: 04.06.2013 | Komentarze 0
Noc upłynęła nam dość spokojnie, ale nad ranem obudziło nas przeszywające zimno. Ponieważ od samego rana słychać było krople deszcvzu bijące o tropik, pozwoliliśmy sobie pospać trochę dłużej.Wypiliśmy kawę i spakowaliśmy się niespiesznie. Chyba nikomu nie chciałoby się wynurzać nosa na deszcz, gdy w namiocie jest dość komfortowo i przytulnie...
Trzeba było jednak odnaleźć browar.
Szybki, niespełna kilometrowy zjazd do Nachodu, rzut okiem na mapę przy dworcu i zaraz znaleźliśmy się przy browarze... Niestety ten okazał się nieprzyjazny turystom, bo wszystko było pozamykane...
Niemniej jednak pamiątka jest! :)
Dość szybko, w strugach deszczu, przejechliśmy na naszą stronę granicy, żegnając Nachod.
Tuż za granicą zatrzymaliśmy się na ">(s)hellu, bo Justyna chciała zaliczyć łazienkę z lustrem.
Z powodu zimna, otaczającej aury i ilości kilometrów do pokonania ogarnęła mnie totalna niemoc, zwątpienie i kryzys (a raczej uraz po pierwszym wyjeździe na Okraj...).
A patrzenie na drogę powrotną tylko mnie dobijało. Taka sytuacja...
Justynka, oprócz wspierania mnie, znalazła sobie dość ciekawe zajęcie, jak na stację benzynową. ;)
W końcu trochę przestało padać, więc trzeba było zebrać się w sobie i ruszyć tyłki.
Oczywiście zaraz po ruszeniu ze stacji znów zaczęło padać...
Jazda krajową "ósemką" do najprzyjemniejszych nie należy, ale chcieliśmy dostać się do Spalonej jak najszybciej. Początkowo włączyłem autopilota, nie bacząc na wodę z góry czy spod kół.
Potem było tylko gorzej. Cały czas pod górę, w coraz to większym deszczu, w zimnie... Uczucia towarzyszące nam po drodze: zwątpienie, wkurwienie, zniechęcenie, bunt, beznadzieja, chęć płaczu; zwłaszcza przy punkcie widokowym na otwartej przestrzeni, gdzie wiało tak, że mało mnie nie zdmuchnęło.
Po ośmiu kilometrach wyczerpującego podjazdu pojawiliśmy się w Zieleńcu, w restauracji "u Ryby", gdzie zostaliśmy ciepło przyjęci i nawet nas nie wyrzucili ;)
Przebraliśmy się, posuszyliśmy i ogrzaliśmy i od razu uśmiechy wskoczyły na twarze... :)
Obliczyliśmy, że do schroniska zostało nam około dwudziestu kilometrów, skorzystaliśmy z chwili, kiedy nie padło i ruszylismy.
Ostatni rzut oka na Zieleniec i okolice:
Na szczęście droga do Mostowic wiodła cały czas z górki, więc w krótkim czasie pokonaliśmy sporo kilometrów. Po drodze zahaczyliśmy o sklep w Lasówce, po alkozakupy na wieczór. :)
Podjazd na Spaloną okazał się w miarę lajtowy, a właśćiwie najprostszy ze wszystkich dziś pokonanych.
W końcu udało dotrzeć się do naszej ostoi suchości i ciepła... :)
Opanowaliśmy cały kaloryfer, żeby podsuszyć mokre rzeczy... :)
Można było zabrać się za przyjemności i rozgaszczanie się. ;)
"Wypaliły się kwiaty. Wygasły już drzewa.
Iskry ostatnich liści rozdmuchuje wiatr.
Jesień mgłą melancholii chłodnej mnie owiewa.
I w ciszy niepojętej kładzie się na świat.
Ujmuję dłońmi głowę, zamykam powieki.
Ostatnia myśl opada jak jesienny liść.
Świat jest coraz niklejszy i bardziej daleki.
Aż i nie wiem nareszcie, dokąd mam już iść."
(Ryszard Troszczyński, "Chwila melancholii w Szwajcarce" 4/5.10.1975r.)
Justyna pomęczyła Jodę.
Potem obie dziewczynki zasnęły ;)
Poetą jesteśmy i wiersz sobie piszemy...
Potem jeszcze trochę posiedzieleśmz i poszliśmy spać. Do auta. Bo tropik był przemoczony.

:)
- DST 56.65km
- Teren 20.00km
- Czas 03:49
- VAVG 14.84km/h
- VMAX 51.80km/h
- Podjazdy 954m
- Sprzęt [R.I.P] Canyon Nerve AL+
- Aktywność Jazda na rowerze
Enduro po Kotlinie Kłodzkiej; dzień drugi.
Piątek, 31 maja 2013 · dodano: 04.06.2013 | Komentarze 0
Pierwsza pobudka chwilkę przed siódmą rano.
Toszkę jeszcze poleniuchowaliśmy, wypiliśmy kawę, zapakowaliśmy się, zwineliśmy namiot i ruszyliśmy tuż po jedenastej. Żeby wyjść z lasu na szlak miało być "w górę i w lewo, potem w prawo". Udało się bezbłędnie wrócić na szlak. :)
Pogoda zaczęła dopisywać- zero deszczu, całkiem ciepło, a do tego zaczęło nawet wychodzić słońce!
Coś nam się trochę znów szlaki pomyliły, bo po krótkim podjeździe i fajnym zjeździe znaleźliśmy się... znów przed Jagodną. :)
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło- w schronisku wypiliśmy piwko i zjedliśmy śniadanie.
Okazało się, że Justynę znają wszędzie (!), bo spotkaliśmy jej dwie klientki i kolegę, który kiedyś z nią pracował w fitnessie.
Długo nie zagościliśmy, bo zrobiło się już po dwunastej grubo i trzeba było jechać dalej.
Celem całej wycieczki była ulica Dobrošovská 130 w Nachodzie. Ruszyliśmy więc w dół, na południe, w stronę Mostowic.

W Mostowicach spotkaliśmy kolejnego Nepomuka do mojej kolekcji.
Z Mostowic dalej Drogą Śródsudecką, przez Lasówkę w stronę Zieleńca.
Na rozdrożu, parę kilometrów przed Zieleńcem stwierdziliśmy, że pojedziemy w stronę Dusznik.
W Dusznikach znaleźliśmy sklep. Zrobiliśmy małe zakupy i rozgościliśmy się na jednym z placyków w centrum kurortu :) Podsuszyliśmy tropik, zjedliśmy drugie śniadanie, uzupełniliśmy zapas wody i wypiliśmy piwo :)
W tym miejscu trzeba nadmienić, że Justyna pierwszy raz w życiu (!) zjadła paprykarz szczeciński. :) To już drugi produkt, po pomidorze, który je pierwszy raz przeze mnie ;)
W Dusznikach założyliśmy, że do Kudowy pojedziemy asfaltem przez Słoszów, Kulin Kłodzki i Jerzykowice Wielkie.
Po drodze jednak stwierdziliśmy, że jesteśmy odważni i ruszamy czerwonym szlakiem pieszym w stronę Lewina Kłodzkiego.
W lesie szlak nie rozpieszczał...
Było mnóstwo śliskich sekcji korzennych...
... gdzie Justkowi udało się zaliczyć pierwszą (i jedyną, na szczęście) glebę :)
Ogólnie jest bardzo grząsko i w większości pod górę rower trzeba pchać, bo jechać się nie da. Justyna, ze łzami w oczach, chce wracać na asfalt, ale to już bez sensu było. Nie lubimy się wracać ;)
Na górze, po wyjeździe z lasu robi się mniej mokro i bardziej sielankowo...
Nie udało nam się znaleźć szlaku odbijającego do asfaltu, więc dalej brniemy czerwonym pieszym.
Na jednym ze wzgórz dostrzegliśmy "naszą" drogę asfaltową. Postanowiliśmy więc przedrzeć się do niej :)
Wystarczyło "tylko" zjechać polem w dół. Okazało się to proste tylko z założenia, bo pole było miejscami dość strome, z wysoką trawą, przez którą nie było widać, co jest pod kołami... Do tego co jakiś czas wyłaniały się elektryczne pastuchy, a ostanie kilkaset metrów pola okazały się bagnem po uszy...
Udało mi się nawet zaliczyć dwie efektowne gleby, dzięki czemu w ilości wywrotek wysunąłem się na prowadzenie ;)
Dalej pojechaliśmy już głównie asfaltem (nie uwzględniając kilkuset metrowego odcinka, który według mapy był "drogą utwardzoną"...).
Nie dość, że asfalt, to w większości z górki. Irytacja polem wyraźnie zniknęła :)
Na ostatnim zjeździe zerwałem łańcuch; nie wiem jak i dlaczego, ale jak to się mówi- kiełbaska jest tak smaczna, jak jej ostatni kęs, a łańcuch tak wytrzymały jak jego najsłabsze ogniwo.
Po wyeliminowaniu urwanego ogniwa i spięciu wszystkiego do kupy, zjechaliśmy do Kudowy. To był dość stromy i trudny zjazd. Justyna chciała zejść z roweru, ale nie mogła, więc postanowiła się przewócić na bok i dopiero zejść :) Z mojoej strony wyglądało to tak, że po zjechaniu dość długo jej nie było, więc zawróciłem pod górę zobaczyć czy nic jej się nie stało. W końcu ją zobaczyłem, myślałem, że zaliczyła glebę, ale nie... Po prostu stała, śmiała się i nagle z pozycji wertykalnej przyjęła horyzontalną. Z uśmiechem (i śmiechem) na ustach, cały czas wpięta w pedały. :)
Najpierw zaliczyliśmy Tesco (bezcenne miny przechodniów, gdy patrzyli na ubłoconych nas! :)), żeby się obkupić na wieczór, a potem do wstrętnego baru z bardzo niemiłą obsługą na schabowego z ziemniakami, który też dupy nie urywał, choć w tym przypadku to chyba dobrze... ;)
Dalej udaliśmy się w stronę granicy. Niestety, kawałek drogi trzeba było pokonać krajową "ósemką". Na szczęście nic nas nie rozjechało i spokojnie wjechaliśmy do południowych sąsiadów. :)
Pomału zbliżał się zachód słońca i trzeba było szukać miejsca na nocleg; problem polegał na tym, że ani jedna moja mapa nie obejmowała rejonu, w którym się znajdowaliśmy. Tak więc mocno na czuja i ze sporą dozą niepewności ruszyliśmy "na szlak".
Bunkry były, ale ze względu na porę wcale nie było zajebiście.
Pnąc się cały czas pod górę, będąc prawie całkiem zrezygnowanym, zastosowałem starą, jak świat metodę odbudowania wiary we wszystko- trzeba było się napić! ;)
Wiara w świat wróciła ;) Ruszyliśmy dalej, na szczyt i niedługo potem znaleźliśmy miejsce na nocleg.
Rostawiliśmy namiot, nazbieraliśmy drewna i każde zajęło się swoimi obowiązkami- Justyna łamała i segregowała drewno na ognisko, a ja kopałem na nie dół, bo na dzisiejszą kolację była przewidziana pewna "atrakcja"... ;)
http://photo.bikestats.eu/zdjecie,pelne,386870,justyna-lamaczka.jpg
Pozostało zacząć szykować kolację i rozpalić ogień.
Na kolację potrawa (poznana dzięki Młodemu) o naszej roboczej nazwie: kiełbaski- żubrówki :)
Najpierw szykujemy półprodukty: wypijamy piwo z puszek (bardzo ważny element! ;)), rozcinamy je (tak, jak na zdjęciu- otworkami do góry), nacinamy kiełbasę i kroimy cebulę.
Następnie dolewamy piwo (jeśli szkoda piwa, to może być i woda...), żeby wszystko miało się w czym podduszać.
I zamykamy puchy :)
My zrobiliśmy wersję uboższą- najlepiej jest jeszcze dodać trochę czosnku dla poprawienia smaku, można też dorzucić trochę papryki, marchewki czy czego tam dusza zapragnie. Dodatkowo dobrze byłoby pokroić kiełbasę w plastry, wtedy lepiej przejdzie aromatem.
Potem wystarczy rozpalić ogień w wykopanym dole, przygotować palenisko...
NA ogniu powinno się tak trzymać puchę minimum trzydzieści- czterdzieści minut (pamiętając o uzupełnianiu płynu- w puszce i w sobie ;)). My zdjęliśmy szybciej, bo Justyna się śliniła ;)
Na koniec upiekliśmy ostatnią, czwartą kiełbasę. Wszystkie wciągnęła Justyna... :)
Drewno było stosunkowo suche, dodatkowo sporo go przygotowaliśmy, więc gdy tylko jedzenie się skończyło, można było przystąpić do suszenia tego, co mokre... ;)
Pozostało tylko uzupełnienie dziennika pokładowego...
... i można było zabrać się za nocne rozmowy przy cytrynówce; na bardziej lub mniej poważne tematy.
:)
























